O pracy pielęgniarki

Towarzyszę ludziom od jego narodzin aż po śmierć. Tak, po śmierć. Dlatego że to ja pierwsza zauważam, iż chory odchodzi. Nawołuję lekarza. Podejmujemy reanimację, nie zawsze ratujemy pacjenta. Lekarz ogłasza śmierć, to ja mam obowiązek wykonać tzw. toaletę pośmiertną. Wyciągnąć z ciała pacjenta wszystkie cewniki, sondy, podwiązać żuchwę i zamknąć oczy zmarłemu. Przed chwilą ten chory żył, niekiedy był przebudzony. Rozmawiał ze mną. A obecnie pakuję jego ciało do worka na szczątki. Takich sytuacji zdarza mi się aż kilka w ciągu miesiąca. Nieraz nawet dwa razy dziennie.


55545_1200615520_9c00_pJeżeli nie jesteś doktorem, zapytasz jak sobie z taką sytuacją radzą pielęgniarki? Niewrażliwość? Nie. Pracuję jako asystent chirurga w szpitalu i oby w żadnym razie mnie nie dopadła. Podobno to dla pielęgniarek codzienność – czynności zawodowe. Z drugiej strony burzliwe emocje. Żeby jednak nie postradać zmysłów, trzeba się w jakiś sposób zdystansować, tak żeby zdołać swoje obowiązki sprawować fachowo. W taki sposób, żeby swoją pracę zostawiać w pracy, a nie zabierać do domu. Tak, aby pomimo złego stanu jakiegoś pacjenta zdołać w całości kompetentnie zająć się również i innym.

Czy jednak zdołam ograniczyć się tylko do czynności instrumentalnych i anatomicznego podejścia do człowieka, wyłączając całkowicie empatię? Czy zdołam troszczyć się tylko czyjąś żyłą, sondą? Nie, dlatego że paradoksalnie to właśnie takie podejście by mnie wypaliło.

Tym, co wyróżnia moją profesję, jest kontakt z człowiekiem. Bez empatii, wczucia się w sytuację pacjenta, można rozpocząć traktować go jak rzecz, a to jest niesłychanie niebezpieczne – prowadzi bowiem do wypalenia.